• Najbliższy mecz Lechii
    VS
    18.08.2018, 20:30
  • Najbliższy mecz Lechii
    VS
    25.08.2018, 18:00

Janusz Charczuk: Biało-Zielone barwy noszę do dzisiaj

2018-05-18 17:00:00
- Lechia od samego początku stała się dla mnie drugim domem, w którym miałem wielu przyjaciół. Gol zdobyty w derbach Trójmiasta bardzo mnie cieszy - mówi Janusz Charczuk, który w latach 60. blisko przez dekadę reprezentował Lechię Gdańsk. Autor pierwszego gola w historii derbów Trójmiasta, czy pamiętnego trafienia na Łazienkowskiej, które dało Lechii zwycięstwo z Legią. Przed sobotnim meczem z Sandecją Nowy Sącz spotkaliśmy się z Panem Januszem, który odwiedził nas w trakcie swojego pobytu w Polsce.

 

Janusz Charczuk urodził się w małym mieście Sokal na północ od Lwowa, skąd przeniósł się na ziemie odzyskane przez Polskę, osiedlając się w Ustce, a później w Słupsku. Jak rozpoczęła się Pana przygoda z piłką? 

- Pierwsze moje spotkanie z piłką miało miejsce w Ustce, a później trenowałem w Czarnych Słupsk. Mój pierwszy kontakt z piłką był bardzo nietypowy. Będąc w wieku 7-8 lat rodzice posyłali mnie na lekcje pianina, męcząc ten instrument pół roku. Pewnego razu poszedłem do mojego ojca, który był mądrym człowiekiem i powiedziałem: "Tato ja wolę grać w piłkę". Popatrzył na mnie i bez zbędnych słów pozwolił mi. Na początku grałem na podwórku, a później przeniosłem się do Słupska.

 

Jak Pan trafił do Gdańska, do Lechii? 

- W 1959 roku zdałem maturę i musiałem zdecydować, co chcę robić dalej. Postanowiłem pójść na studia architektoniczne, by zostać architektem. Wybierając Politechnikę Gdańską, którą miałem upatrzoną już wcześniej, założyłem sobie także, że będę grał dalej w piłkę w Gdańsku. Lechia była wówczas jedynym klubem na Pomorzu, występującym w najwyższej lidze. Wybór był więc oczywisty, a moje założenia udało mi się zrealizować. Zostałem studentem architektury, a po około 1,5 roku udało mi się zadebiutować w pierwszym zespole Lechii. 

 

Mecz Lechii z Arkonią Szczecin. Z nr

 

Studia dzienne, treningi i mecze. Jak znalazł Pan sposób, by to wszystko pogodzić? 

- Nie było to łatwe, ale miałem w życiu kilka celów, do których zmierzałem przy pomocy ludzi dobrej woli i własnego uporu. Udało mi się te dwa cele, te dwa marzenia zrealizować. W moich czasach studia wyglądały nieco inaczej. Musiałem brać udział w obowiązkowych zajęciach, w klubie natomiast trenowałem indywidualnie. Trenerzy rozumieli moją sytuację. 

 

Ponoć zdarzyła się sytuacja, że dyrektor Lechii sprawdzał Panu indeks.

- To prawda. Kiedyś przed treningiem dyrektor Jan Kukowski, znakomity fachowiec, sprawdził mój indeks. Czasami dzwonił przed treningiem do sekretariatu, mówiąc: "Powiedzcie Charczukowi, że będę przed treningiem i ma przynieść swój indeks do pokazania". Wtedy trochę się na to boczyłem, bo nawet mój ojciec nie sprawdzał mi indeksu. Wspominam Pana Kukowskiego bardzo ciepło, człowieka bliskiemu mojemu sercu.

 

Początki nie były łatwe?

- Każdy, kto wchodzi do drużyny, zdaje sobie sprawę, że musi się przebić. Trzeba było kogoś wygryźć ze składu albo ktoś musiał zrezygnować. Rywalizacja była bardzo duża. Ówczesny trener Henryk Serafin podjął decyzję, by dokonać zmiany na pozycji nr 9. Ten numer trafił do mnie, nosiłem go przez dłuższy czas. Później grałem także na innych pozycjach. 

 

 

Wróćmy do Pana debiutu w Biało-Zielonych barwach, który miał miejsce 13 marca 1960 roku. Pamięta Pan to spotkanie? 

- Oczywiście. W 1960 roku w Zabrzu zagrałem przeciwko Górnikowi. Przegraliśmy ten mecz, ale niewiele. Wydaje mi się, że ten debiut nie był najgorszy, bo od tego czasu zacząłem regularnie występować w Lechii z numerem 9 na plecach. 

 

W kolejnych latach był Pan ważnym zawodnikiem Lechii. Zapisał się Pan na trwałe w historii derbów Trójmiasta, zdobywając pierwszego gola w tej rywalizacji. Łącznie strzelił Pan dla Lechii 18 bramek w 1 lidze. 

- Lechia od samego początku stała się dla mnie czymś w rodzaju rodziny zastępczej. W momencie, gdy założyłem Biało-Zielone barwy, nosze je do dzisiaj. Gol zdobyty w derbach bardzo mnie cieszy, ale było to już w drugiej lidze. 

 

Pamięta Pan, w jaki sposób trafił do siatki? Na trybunach stadionu przy ul. Traugutta cieszyło się z Panem 15 tysięcy kibiców. 

- Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że zagrywał mi Czesław Nowicki. W bramce Arki stał mój kolega Marek Wojciechowski. Udało mi się trafić tuż koło słupka. Podniosłem ręce do góry, koledzy cieszyli się razem ze mną, całując mnie, gratulując. Po chwili podwyższyliśmy prowadzenie. W końcówce Arka zmniejszyła straty, ale ostatecznie wygraliśmy 2:1.  

 

 

 

Pana trafienie dało także Lechii zwycięstwo na Łazienkowskiej z Legią, w której składzie występowało wielu reprezentantów Polski.

- Legia wtedy prezentowała najlepszą piłkę w Polsce, mając w swoim składzie reprezentantów Polski. Przed spotkaniem wszyscy skazywali nas na porażkę. Nikt nie zakładał innego scenariusza, wszyscy zastanawiali się tylko nad ilością bramek, którą strzelą legioniści. Wyszliśmy na murawę z szacunkiem do rywala, ale nie przestraszyliśmy się go. W drugiej połowie mieliśmy przewagę. Udało mi się zdobyć zwycięskiego gola. Kolejnego dnia w gazetach dominowały nagłówki "Wielka Legia padła na kolana". Do tej pory pamiętam wyrazy twarz generałów, którzy zasiadali na trybunach Legii.

 

Przeżył Pan także z Lechią spadki z pierwszej ligi do drugiej, a następnie z drugiej do trzeciej ligi. 

- Nigdy nie zmieniłem barw. Spadek do drugiej ligi był dla mnie bardzo bolesny. Wszyscy bardzo to przeżyliśmy. Nie da się porównać gry w pierwszej lidze z rywalizacją w drugiej. Potem niestety kolejny spadek do trzeciej ligi. 

 

Stanął Pan przed bardzo ważną decyzją. Architektura, czy piłka? 

- Przyszedł moment refleksji, że tą mą kolejną miłością, oprócz piłki, była architektura. W 1968 roku uzyskałem dyplom architekta. Podjąłem decyzję o zakończeniu kariery piłkarskiej, chcąc rozpocząć kolejny etap w swoim życiu. Był to bardzo trudny wybór. 

 

Co było dalej?

- Pracowałem w Gdańsku w kilku biurach, projektując dla różnych przedsiębiorstw.

 

Urlop w Stanach Zjednoczonych zamienił się w pobyt na stałe.

- Otrzymałem zaproszenie od kolegi z USA, który przebywał wtedy w Chicago. Postanowiłem skorzystać. Złożyłem papiery i otrzymałem paszport, co w tamtych czasach nie było łatwe. Wyjazd miał trwać kilka miesięcy, ale zamienił się w pobyt na stałe. Nie był to jednak mój świadomy wybór. Wszystko miało miejsce w marcu tuż przed Solidarnością, jeszcze przed stanem wojennym. Miałem zamiar wrócić po trzech miesiącach. Solidarność, strajki w stoczni, telefony od rodziców - "Janusz nie wracaj". Sytuacja była bardzo poważna, nikt nie wiedział, co wydarzy się następnego dnia. Amerykańskie media także nie pomagały. Czekaliśmy z zapartym tchem na informacje z Polski. 

 

W kolejnych latach przeniósł się Pan z USA do Kanady. 

- Postanowiliśmy z żoną przenieść się do Kanady, myśląc o rodzinie i spokoju. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że dobrze zrobiliśmy, bo dobrze się tam czujemy. 

 

Piłka nożna, architektura, w ostatnich latach Pana pasją jest także pisanie ikon? 

- Piłka i architektura, to było spełnienie moich marzeń, do których dołożyłem swoją ambicję i silną wolę. Ikony, to chyba jakiś dar "z góry". Często mówię, że ikony bardzo mi się podobały, ale nigdy nie myślałem, że będę ich twórcą. Czuję dużą dumę, że moje dzieła znajdują się w Bazylice Mariackiej w Gdańsku. 

 

 

Mimo życia na emigracji nadal interesuje się Pan Lechią Gdańsk? 

- Powiem więcej. Zakładam koszulkę w Biało-Zielonych barwach, chodząc na mecze lokalnego zespołu występującego w amerykańskiej lidze MLS, który ma takie same barwy. 

 

Poprzednio był Pan w Gdańsku w 2005 roku, więc jest to Pana pierwsza wizyta na Stadionie Energa Gdańsk?

- To prawda. Pierwszy raz jestem na tym stadionie, do tej pory widziałem tylko zdjęcia. Jako architekt jestem pełen podziwu, jako piłkarz jestem rozczulony, aczkolwiek moje wspomnienia z Traugutta pozostaną na zawsze w mojej pamięci. 

 

Rozumiem, że będzie Pan na najbliższym meczu z Sandecją Nowy Sącz? 

- Oczywiście. Dziękuję także bardzo za zaproszenie. 

 

 

Autor: Łukasz Szczepiński 

 

Szanowny Kliencie, 25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO).
Potrzebujemy Twojej zgody na przetwarzanie Twoich danych osobowych przechowywanych w plikach cookies. Poniżej znajdziesz pełny zakres informacji na ten temat.
Zgadzam się na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystam tzw. plików cookies w celach marketingowych przez Lechię Gdańsk S.A.

Dokument Polityki Prywatności

Akceptuję
Nie zgadzam się