30
maj
2022

Całe Życie w Lechii – wywiad z Maciejem Kalkowskim

Zapraszamy do rozmowy z Maciejem Kalkowskim, II trenerem Lechii Gdańsk.

 

Wydaje się, że z Lechią jest pan związany od zawsze. Kiedy i jak to się zaczęło?

Miałem 9 lat, gdy przyszedłem na pierwszy trening. Pamiętam to jak dziś – setka dzieciaków na boisku asfaltowym, każdy z nas dostał pięć minut grania, potem trener podchodził i wybierał. Już tydzień później wystąpiłem w swoim pierwszym meczu – z dwa lata starszym rocznikiem, przeciwko Polonii Gdańsk. Przegraliśmy 7:0 (śmiech – przyp. red.).

 

Ile lat spędził pan w Lechii?

W sumie prawie całe życie. W seniorskiej drużynie zadebiutowałem w wieku 18 lat. Później wyjechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie grałem w amatorskiej i zawodowej lidze halowej. Ale rozłąka z rodziną nie była przyjemna, więc wróciłem. I po jakimś czasie znów grałem w Lechii.

 

Co pan najlepiej wspomina z czasów gry w Lechii?

Pamiętam mój debiut, czyli mecz z Miliarderem Pniewy za trenera Adama Musiała. I każdy awans. A jako trener – finał Pucharu Polski, który odbył się trzy lata temu w Warszawie.

 

W jakiej roli lepiej się pan czuł – trenera czy piłkarza?

Zdecydowanie piłkarza, bo można wejść na boisko, strzelić bramkę, sfaulować, grać jak najlepiej, pomóc drużynie. Rola trenera jest inna. W trakcie meczu staramy się pomagać, ale zza linii jest trudno. Emocje są większe niż na boisku.

 

Grał pan też w Ekstraklasie futsalowej…

Zagrałem nawet 10 meczów w futsalowej reprezentacji Polski. I strzeliłem sześć goli. A zaczęło się w Chojnicach. Bogdan Duraj marzył, aby powstała tam drużyna futsalowa. Ja mu pomogłem i pościągałem chłopaków z Gdańska. Zaczynaliśmy od 1. ligi, zrobiliśmy awans do Ekstraklasy i zajęliśmy 3. miejsce. To była świetna przygoda.

 

To dlaczego porzucił pan futsal?

Bo moją pierwszą miłością była i jest piłka nożna na dużych boiskach. Futsal był rodzajem hobby.

 

Jakie są największe różnice między futsalem i piłką na trawie?

 

Największa różnica to liczba kibiców na stadionie (śmiech – przyp. red.). Dziś futsal to już zupełnie inny sport niż wtedy, gdy ja grałem. Bardzo poszedł do przodu, to wąska specjalizacja. Gra jest bardzo szybka, pada wiele bramek. Gdy grałem w futsal w Stanach Zjednoczonych, na boisku czułem się jak na lodowisku – bandy i wtopione w nie bramki. Tam jest to sport bardziej skomercjalizowany – kamery, wyjazdy, kibice. A w Polsce to dopiero raczkowało…

 

Jakiś czas temu opuścił pan Lechię na rzecz Elany Toruń i Cracovii. Dlaczego?

W Lechii Gdańsk skończył mi się kontrakt. Dostałem propozycję z Elany Toruń, do której mogłem dojeżdżać z Gdańska. Elana broniła się przed spadkiem z 3 ligi. Ale mieliśmy fajną, młodą ekipę i utrzymaliśmy się, co nie było łatwe, bo na 18 drużyn tylko 8 po pierwszej rundzie pozostawało. Zaczynaliśmy na 14 miejscu, a udało nam się skończyć na 4. To była fajna przygoda, bo pierwszy raz samodzielnie prowadziłem zespół. Niestety bardzo hobbystycznie, bo oszukano mnie i mi nie zapłacono. Postanowiłem po sezonie odejść, a wiem, że teraz Elana zbankrutowała i stara się odbudowywać od 5 ligi, tak jak kiedyś Lechia. Trzy miesiące byłem jeszcze w Cracovii u Michała Probierza. Ale z powodów rodzinnych zdecydowałem się na powrót do Gdańska. W Lechii był akurat nowy trener, któremu mnie polecono. Porozmawialiśmy i tu wróciłem.

 

Skąd ta wierność wobec gdańskiego klubu?

Jestem tu od 9 roku życia i czasami nie potrafię sobie przypomnieć, że kiedyś w życiu robiłem coś innego i w innym miejscu. Lechia to Lechia. Marka sama w sobie. Wspaniały klub. Tutaj czuję się świetnie i spełniam się jako asystent trenera. Pracowałem z wieloma świetnymi szkoleniowcami, od których dużo się nauczyłem. Zaczynałem u trenera Bogusława Kaczmarka. W drużynie była sama młodzież. Frankowski, Dawidowicz, Zyska. Włożono naprawdę dużo pracy w ich rozwój. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Jest wielu obcokrajowców, bardzo dobrych piłkarzy. Wyniki pokazują, że idziemy w dobrym kierunku. Ja po raz drugi będę brał udział w europejskich pucharach. Chyba żadnemu innemu trenerowi w Lechii to się nie udało i jestem z tego dumny. Cieszę się, że tu jestem. Oby jak najdłużej.

 

Jaka jest rola II trenera w sztabie Lechii?

Różni pierwsi trenerzy mają różne wymagania. U trenera Tomasza Kaczmarka jestem łącznikiem z szatnią. Czasem muszę ją uspokoić, czasem pobudzić. Do moich zadań należy też zapewnienie trenerowi komfortu treningu. Oprócz tego jest dużo “zakulisowych” spraw, np. rozmowy z piłkarzami.

 

Co jest największym atutem obecnego sztabu Lechii?

Młodość i doświadczenie. Ten miks jest bardzo dobry.

 

Jakie relacje panują między piłkarzami?

Jak wszędzie bywają konflikty i napięcia, ale generalnie mamy teraz bardzo fajną drużynę, co odzwierciedla nasz wynik. Bo uważam, że wyciągnęliśmy z tego sezonu 150 procent. Pomogła właśnie szatnia, czyli to, że zawodnicy dobrze się ze sobą czują i fajnie współpracują. Są piłkarze, którzy “trzymają” tę szatnię, np. Nalepa, Gajos, Maloca,Pietrzak. Świetnie dogadują się z obcokrajowcami. Dobrze wprowadzają też młodych piłkarzy.

 

Kto zrobił największy postęp w tym sezonie?

Nasza młodzież. Sezonienko czy Kałuziński. Jestem przekonany, że ci chłopcy będą stanowić o sile Lechii w następnym sezonie. To super, bo oni są stąd.

 

Jak pan ocenia ten sezon w wykonaniu drużyny?

To był duży „rollercoaster”. Przyszedłem tutaj we wrześniu – nowy sztab, nowy trener, duże ryzyko. Na początku były świetne wyniki, a potem złapaliśmy zadyszkę. Dużo emocji, dużo pracy, aby z tego kryzysu wyjść. Potem świetna końcówka i udało się zająć miejsce dające grę w pucharach.

 

To teraz czas na odpoczynek. Jak pan planuje spędzić urlop?

Pierwszy tydzień to był aktywny wypoczynek. Zacząłem urlop od listy zadań, której trudno było sprostać (śmiech – przyp. red.) Ale drugi tydzień to czas na wakacje. Od dwóch lat nigdzie z rodziną nie wyjeżdżaliśmy, dlatego cieszę się, bo teraz wybieramy się na Sycylię.

 

Wyobraża pan sobie świat bez piłki nożnej? Co by pan robił?

 

Nie mam pojęcia. Całe życie gram w piłkę i naprawdę nie wiem, co bym robił. Kiedyś było tak, że jak się weszło na boisko osiedlowe, to się grało do upadłego, bo chętnych było tylu, że po zejściu już by się nie zagrało. Wolałem dostać burę od mamy, że nie przyszedłem na obiad, niż zejść z boiska.

 

Sponsorzy
Partner główny
Sponsor Premium
Sponsorzy
Partner techniczny
Partner strategiczny
Partner
Partnerzy
Oficjalni dostawcy